Mam wrażenie, że wielu z nas nosi w sobie niezwykle wysokie oczekiwania wobec innych. Ludzie mają być dla nas, mają nas rozumieć, mają nam współczuć, mają zawsze wychodzić ku nam z życzliwością, mają stać się lekarstwem na naszą samotność. Przy tak wysoko zawieszonej poprzeczce doznajemy wielu rozczarowań, bo nieliczni są w stanie do naszych oczekiwań „doskoczyć”. A stąd już blisko do stwierdzenia – nikt mnie nie rozumie, ludzie są do niczego.
Rzeczywiście, nikt z ludzi nie ma dostępu do naszego serca. Mogą sobie wyłącznie wyobrażać co czujemy albo na podstawie obserwacji, albo tego, co im powiemy, albo na podstawie swoich własnych doświadczeń. Ale to przecież nie to samo. Nie mogą wejść w nasze życie. A mówimy o tych nam życzliwych. A przecież jest całe mnóstwo ludzi, dla których jesteśmy zupełnie obojętni i którzy nigdy nawet nie spróbują nas zrozumieć czy wczuć się w nasza sytuację. Wręcz przeciwnie, swoim zachowaniem tylko pogłębią nasz smutek. Czasem, jakby na przekór nam, będą podkreślać swoją radość, czerpiąc swoistą satysfakcję z naszego udręczenia. Tak, ludzie są bardzo różni.
Dlatego nie w nich (a szerzej – nie w świecie) mamy szukać pociechy, bo tam jej ostatecznie nie znajdziemy. Jezus powtarza to na różne sposoby, a my i tak spróbujemy po raz milion pierwszy, choć milion razy już przekonaliśmy się, że On ma rację. Tylko w Nim bije źródło prawdziwej i nieprzemijającej radości, której nikt nie zdoła nas pozbawić. To z pewnością nie znaczy, że trzeba stronić od ludzi. Raczej trzeba widzieć ich w realnym świetle, obniżyć poprzeczkę i doznawać miłych niespodzianek, zamiast bolesnych rozczarowań.
o. Michał Nowak OFM Conv
Source: czytanie