Kilka lat temu, przebywając w szpitalu na rutynowych badaniach, przeżyłem niezwykłą sytuację. Oddział wewnętrzny, wieczorowa pora i nagle reanimacja przerywa senną atmosferę. Udałem się w stronę skąd dobiegały dźwięki, rozgrzeszyłem w drzwiach człowieka, którego życie właśnie ratowano. Ale w ten sposób stało się jawnym, że jestem kapłanem, bo po pidżamie poznać tego nie sposób. Godzinę później przyszły do mnie dwie pielęgniarki ze słowami – ojcze, od trzech dni umiera tu po sąsiedzku pewna pani, może byśmy się nad nią pomodlili. Poszliśmy wspólnie, odmówiliśmy tajemnicę różańca, rozgrzeszyłem, udzieliłem odpustu zupełnego na godzinę śmierci i w chwili, kiedy cofałem rękę, ta starsza kobieta wydała ostatnie tchnienie. Oglądam się, a pielęgniarki płaczą… Zobaczcie, czego ta kobieta potrzebowała, na co czekała – ona wam właśnie wygłosiła cudowną katechezę.
Wierzę głęboko, że nasza śmierć jest w jakiś sposób podsumowaniem naszego życia. I nawet nie chodzi o jej rodzaj, ale o sposób jej przeżywania. Nasze serce będzie zanurzone w tym, co było treścią naszego życia. Jeśli będą nią wyłącznie rzeczy ziemskie, choćby najszlachetniejsze, to niezwykły ból z powodu ich opuszczania będzie nami targał. Jeśli zaś wybieramy Boga, wybieramy coś nieprzemijającego, wybieramy przyszłość. I wówczas On sam zadba o ten moment. On sam wszystko zorganizuje. A w mieszkaniu dla nas przewidzianym, w Domu Ojca, będą na nas czekały świeże kwiaty, czyste okna i wszyscy ci, których chcielibyśmy tam spotkać. Bo wszystko jest już przygotowane. Tylko nas tam brakuje…
o. Michał Nowak OFM Conv
Source: czytanie