Rozważanie na wtorek, 15 września 2026

Miłość, która nie czeka, aż się poprawisz.
Jest takie miejsce na ziemi, gdzie kończą się wszystkie nasze maski. Gdzie człowiek, choćby najbardziej utwierdzony w sobie, choćby najsprytniej poukładany, zostaje rozebrany do naga – nie z ubrania, lecz z iluzji. Tym miejscem jest Golgota. Stojąc pod krzyżem, każdy z nas prędzej czy później odkrywa własną nędzę, własną bezsilność wobec cierpienia i ten paraliżujący lęk, jaki budzi w nas myśl o śmierci. I właśnie w tę ciemność, w ten najgęstszy mrok ludzkiego zagubienia i obłudy, uderza przeszywające światło kerygmatu: Bóg przyjął naszą nagość. Wziął nasz grzech na własne ramiona i zaniósł go na drzewo, by tam, na naszym miejscu, stanąć przed obliczem Ojca.
To właśnie w tej najbardziej dramatycznej godzinie dziejów, gdy świat śmie sądzić samego Boga, gdy ciemność triumfuje i wydaje się, że nic już nie da się uratować – konający Zbawiciel z wysokości krzyża wypowiada testament. Zwraca się do swojej Matki jednym, wstrząsającym słowem: „Niewiasto”. Nie myśl, że to chłodny dystans, jakieś oddalenie się od Niej w ostatniej godzinie. To słowo jest wypełnieniem najstarszej obietnicy, jaka wybrzmiała jeszcze w raju – obietnicy Niewiasty i Jej Potomstwa, które na zawsze zmiażdży głowę węża.
Oczy oprawców, oczy pozbawione wiary, widzą na Kalwarii wyłącznie krwawą egzekucję, publiczną hańbę, kompromitację kolejnego skazańca. Lecz wzrok wiary widzi zupełnie inaczej. Widzi tajemnicę narodzin nowej ludzkości. Widzi Chrystusa jako Nowego Adama, a Maryję jako Nową Ewę. Golgota staje się nowym rajskim ogrodem, w którym Męka Pańska rozgrywa swój dramat, a drzewo hańby przemienia się w drabinę sięgającą nieba, w oblubieńcze łoże, na którym Baranek poślubia swój Kościół i wydaje na świat nowe potomstwo.
Uczeń bierze Maryję „do siebie” – a to w języku Ewangelii znaczy coś więcej niż gościnność. Znaczy: wprowadzić Ją do najgłębszej, najbardziej skrytej komnaty własnego serca. Odnaleźć w Kościele swoją prawdziwą, duchową Matkę. A ból, jaki przeżywa Maryja stojąca pod krzyżem w milczącym skupieniu, to nie jest rozpacz bez wyjścia. To mistyczny ból rodzenia. Ona w tym cierpieniu staje się Matką dla wszystkich grzeszników, których łaska zdołała przygarnąć.
I na tym właśnie polega testament z krzyża: Bóg objawia miłość całkowicie darmową, która nie stawia żadnych warunków wstępnych. Nie żąda od nas doskonałości bez grzechu. Wylewa się hojnie na niewdzięcznych i złych. Zbawiciel nie czeka, aż się poprawimy, aż staniemy się wystarczająco mocni czy godni. Oddaje za nas życie dokładnie w tej chwili, gdy jeszcze tkwimy w grzechu, gdy jesteśmy ogołoceni z wszelkiej godności.
Wystarczy więc przestać uciekać przed własną słabością. Odrzucić pychę samowystarczalności i schronić się pod sercem Niepokalanej Matki, by pozwolić się na nowo zrodzić z Boga do życia, które nie zna końca. Otworzyć się na ten dar to znaczy powierzyć Maryi swoje rozbite, poszarpane życie i przyjąć Kościół – ze wszystkimi jego ranami – jako swój prawdziwy dom. Dopiero wtedy, gdy z pokorą weźmiemy do siebie Matkę Chrystusa, nasz paraliżujący lęk przed śmiercią zostanie pochłonięty przez darmową miłość Ojca, który w swoim Synu podnosi nas z każdego grobu ku niezniszczalnej chwale.
o. Marcin Ciechanowski OSPPE

Source: czytanie