Bywa, że nasze istnienie poddajemy niebezpiecznym eksperymentem, w którym próbujemy zaczarować rzeczywistość, by ukryć własną nicość pod maskami wielkości, sukcesu i fałszywej dojrzałości. Pytanie uczniów o to, kto jest największy, – to nie jest tylko teoretyczny spór sprzed dwóch tysięcy lat. To nieustanne echo naszej pychy, która każe nam szukać uznania i dominacji nad innymi. Chcemy być „kimś”, podczas gdy Jezus w odpowiedzi stawia przed nami małe dziecko, – istotę, która w ówczesnej kulturze nie miała żadnych praw, była niezauważana i całkowicie zdana na opiekunów.
Bóg mówi, że jeśli nie staniemy się tacy jak ten mały dzieciak, nie wejdziemy do Królestwa, bo bramy niebios są zbyt niskie dla ludzi o sztywnym karku. Cała nasze napinanie duchowych mięśni i robienie noworocznych postanowień o poprawie, rozsypuje się jak igły suchej choinki, – ponieważ nikt z nas samego siebie nie może zrodzić do nowego życia. Musimy stać się jak niemowlęta: „Nepios”, – które nie potrafią się same umyć ani nawet zmienić brudnej pieluchy, lecz jedynie swoim płaczem informują matkę o własnym nieszczęściu. Prawdziwa świętość nie zdobywa szczytów jak Mount Everest, – lecz spływa jak potok do najniższych obszarów dolin, do ziemi, z której zostaliśmy ulepieni i w której musimy uznać własną słabość.
Niekiedy sami patrzymy okiem zazdrości i pogardy na tych, których nazywamy „małymi”, – na grzeszników, na ludzi bezradnych, na tych, którzy nie pasują do naszego wyidealizowanego wizerunku doskonałości. Jezus jednak uderza „pięścią w stół” naszych sumień i ostrzega: „Nie gardźcie żadnym z tych najmniejszych, bo ich aniołowie nieustannie wpatrują się w Oblicze Ojca”. To jest nauka o Bogu, który nie jest europejskim komisarzem od statystyk, – ale Ojcem, dla którego każda twarz ma imię, a nie numer. On dla jednej, śmierdzącej grzechem i poranionej owcy, zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć grzecznych i bezpiecznych, ryzykując wszystko, – by odnaleźć to, co zginęło. Bóg nie szuka nas na plażach Lazurowego Wybrzeża ani w apartamentach sukcesu, ale na pustkowiu życia, tam gdzie zaplątaliśmy się w kolczaste krzewy własnych nałogów i podłości, nie potrafiąc wykonać kroku o własnych siłach. To jest prawdziwy przewrót miłosierdzia, który doprowadza do szału wszystkich starszych braci i faryzeuszów, – ponieważ u Boga radość z jednego powracającego marnotrawcy, który zarył nosem o ziemię, jest większa, – niż z całej armii sprawiedliwych, którym wydaje się, że nie potrzebują spowiedzi.
Tylko ten, kto doznał w życiu autentycznego zagubienia, kto dotknął dna i zrozumiał, że sam dla siebie jest największym zagrożeniem, może naprawdę poczuć ratujący uścisk Pasterza. Twoja nędza i Twoja niedojrzałość nie zniechęcają Boga. On kocha Cię nawet w chlewie Twoich najgorszych wyborów i czeka, aż wyciągniesz do Niego ręce jak bezradne dziecko. Bądź mały, bądź nikim w swoich oczach, przestań walczyć o prestiż i lajki tego świata, – a wtedy staniesz się szczególną własnością Pana, jubilerskim skarbem w Jego dłoniach, bo to, co wielkie i podziwiane przez ludzi, jest obrzydliwością u Boga. Nie bój się własnej słabości, gdyż to właśnie w niej doskonali się moc Chrystusa, który podkłada rękę, byśmy upadając, nie uderzyli o samo dno rozpaczy.
o. Marcin Ciechanowski OSPPE
Source: czytanie