Rozważanie na wtorek, 6 października 2026

Czytamy dziś o domu w Betanii nie po to, by przyglądać się obcej, zamierzchłej historii, ale by odnaleźć w niej własne, rozedrgane i zranione serce. Marta i Maria to nie tyle dwa przeciwstawne typy osobowości, – ile dwa głosy nieustannie spierające się we wnętrzu każdego z nas. Marta przyjmuje Jezusa pod swój dach, lecz natychmiast ucieka w zgiełk posługi, w gorączkowe krzątanie się i podawanie do stołu, jakby bała się zatrzymać i stanąć w ciszy. To nie jest zwykła, czysta gościnność, lecz ucieczka przed bezruchem…, – neurotyczne napięcie, w którym człowiek próbuje czymkolwiek uzasadnić swoją wartość przed Bogiem. Gdy cała nasza aktywność nie wypływa z modlitwy i cichego zasłuchania, – bardzo szybko zamienia się w wewnętrzne rozżalenie i gorzki wyrzut: „Panie, czy Ci to obojętne?”. Jakże często służymy w domu, w pracy czy we wspólnocie, a na dnie duszy narasta w nas cicha pretensja, że zostaliśmy ze wszystkim sami, a Bóg pozostaje niewrażliwy na nasz trud.
Jezus nie potępia samej pracy i trudu gospodyni, ale stawia trafną diagnozę chorobie jej duszy: «Troszczysz się i niepokoisz o wiele, podczas gdy tak naprawdę tylko jedno jest konieczne». Tym jedynym, niezbywalnym fundamentem jest stanąć w obecności Boga w pełnej prawdzie: bez masek, bez zewnętrznego szumu i bez prób zasłużenia na Jego łaskę własną harówką.

Maria siada u nóg Jezusa i po prostu słucha Jego Słowa, oddając Mu to, co dla zabieganego człowieka bywa najtrudniejsze do oddania, – swój czas. Dla świata nastawionego wyłącznie na użyteczność, kontrolę i szybkie owoce, jej gest wygląda jak zwykłe marnotrawstwo. A przecież to jest jedyne prawdziwe ocalenie: zapatrzeć się w Oblicze Chrystusa i pozwolić, by Jego spojrzenie dotknęło naszych najgłębszych, skrywanych ran. Kiedy stajemy przed Nim w milczeniu, na początku wyłania się z nas cały hałas nagromadzonych wspomnień, lęków i wstydu, ale to w tej samej ciszy odkrywamy, że Bóg nie oczekuje od nas niewolniczych zasług, lecz pragnie wyłącznie naszej miłości.
Najtrudniejsza pokusa polega na stawianiu działania ponad bycie, na próbach robienia wielkich rzeczy dla Boga, zanim usłyszymy, kim dla Niego naprawdę jesteśmy. Bez modlitewnego ukorzenia i przylgnięcia do Pisma, – nasza posługa staje się tylko pustym aktywizmem, który wcześniej czy później doprowadzi nas do duchowego wypalenia i zgorzknienia.
Maria obrała najlepszą cząstkę, która nie zostanie jej odjęta, ponieważ przylgnęła do samego Źródła Życia.
Zgódźmy się wreszcie na własną małość, zrzućmy pychę udowadniania Bogu własnej samowystarczalności i upadnijmy do Jego nóg. Tylko wtedy, gdy najpierw napełnimy serce Jego obecnością w cichym kontemplowaniu Słowa, nasza codzienna służba bliźnim przestanie być gorączkowym ciężarem, a stanie się dziękczynieniem i wolnością.
o. Marcin Ciechanowski OSPPE

Source: czytanie