Kiedy słucham tych słów o miastach, które widziały najwięcej cudów, a jednak się nie nawróciły, – czuję że to nie jest historia o odległych ruinach z przewodnika turystycznego, ale to jest lustro, w którym przegląda się moja i twoja dusza. Jezus woła „Biada!”, ale to nie jest krzyk nienawiści mściwego sędziego, tylko smutek odtrąconej Miłości, która widzi, jak jej dzieci biegną prosto w otchłań.
Kafarnaum było Jego miastem, tam miał dom, tam dotykał chorych, tam wygłaszał najpiękniejsze mowy o chlebie życia, – a jednak to właśnie tam napotkał mur, którego nawet wszechmoc Boga nie mogła przebić: mur ludzkiej obojętności. To jest największy paradoks i zarazem trudna prawda o naszej wolności: Wszechmogący Bóg staje się bezsilny wobec twojej niewiary, staje się żebrakiem pukającym do drzwi, których nie chcesz otworzyć, bo boisz się, że On namiesza w twoim poukładanym, ale martwym życiu. Myślisz sobie, że skoro chodzisz do kościoła, skoro przyjmujesz sakramenty, – to jesteś bezpieczny, Ale Jezus mówi ci dziś, że pogański Tyr i rozpustna Sodoma będą miały lżej na sądzie niż ty, – jeśli twoje serce pozostało zimnym głazem mimo kontaktu z ogniem Eucharystii.
Kafarnaum chciało być wyniesione aż do nieba, marzyło o wielkości, o byciu religijnym centrum świata, – a Jezus mówi, że spadnie do otchłani. Możesz być wybitnym teologiem, możesz znać Biblię na pamięć i odprawiać tysiące nabożeństw, – ale jeśli nie ma w tobie nawrócenia, czyli całkowitej zmiany myślenia, – to wszystko jest tylko pustym gestem.
Sodoma nie widziała tych znaków, które my widzimy codziennie na ołtarzu, ona nie słyszała głosu Boga, który do nas szepcze w konfesjonale, – dlatego jej upadek był tragiczny, ale nasz opór jest wręcz nieludzki. Często szukamy znaków, cudów, nadzwyczajnych objawień, – a Jezus mówi nam, że znaki już są, tylko my staliśmy się analfabetami, którzy nie potrafią ich odczytać, bo nasze oczy są zalepione błotem samozadowolenia. Jesteśmy jak ludzie mieszkający w pokoju pełnym skarbów, którzy umierają z głodu, bo wolą wpatrywać się w ciemność własnego ego niż zapalić lampę słowa Bożego.
Prawdziwym powodem, dla którego te miasta nie doznały ocalenia, nie był brak cudów, – ale brak skruchy, brak tego błogosławionego momentu, w którym człowiek mówi: „Panie, sam z siebie jestem zerem, jestem nicością, – ratuj mnie, bo ginę!”. Dopóki uważasz, że jakoś sobie radzisz, dopóki myślisz, że twoja pobożność to bilet do nieba, – Bóg nie może ci pomóc, bo On przychodzi do tych, którzy są znękani i porzuceni, do tych, którzy wiedzą, że bez Niego ich życie jest tylko marnym przeciekaniem przez palce.
Wybierz Chrystusa teraz, bo czas się wypełnia, a każda godzina, którą marnujesz na ucieczkę przed Nim, jest krokiem w stronę ciemności, w której słychać tylko płacz i zgrzytanie zębów z powodu zmarnowanej szansy na Miłość.
o. Marcin Ciechanowski OSPPE
Source: czytanie